Obudziłem się dzisiaj po ostrzejszym piciu... Końcówki wieczoru nie pamiętam i - jak to zwykle jest na kacu - doprowadziło mnie to do dziwnych przemyśleń. Przypomniała mi się pewna dzielnica miasta, w którym mieszkam, którą kiedyś lubiłem odwiedzać. Była strasznie spokojna, umieszczona trochę na odludziu, gdzieś tam w głąb lasu. Kilka bloków, a pomiędzy nimi boisko do kosza. Wokół boiska stały ławki. Przychodząc tam, lubiłem sobie wyobrażać, że jak kiedyś będę miał własną rodzinę, to właśnie w tym miejscu będę mieszkał. Siedząc parę metrów obok swojego mieszkania, obserwowałbym, jak moje dziecko gra w kosza, co jakiś czas bawiąc się z nim. Obok byłaby moja żona, dziewczyna, w której w zeszłym roku tak strasznie się zakochałem... Justyna. Siedzielibyśmy razem, słońce by powoli zachodziło. bylibyśmy szczęśliwi, razem z naszym dzieckiem.
Teraz siedzę tu sam. Nadzieja, że cokolwiek uda się z Justyną, że będę mógł ją chociaż raz pocałować, minęła już dawno. Marzenie o rodzinie jest dość potężne. Sporo ludzi ma rodziny, ale ja jakoś nie widzę, że kiedykolwiek miałoby mi się to udać. Ale marzenie o tym, że uda się pocałować dziewczynę, którą się tak bardzo kocha, wydaje się już z kolei tak bliskie. Tak szczęśliwy bym był, gdyby to się kiedyś udało. Jednak zdaję sobie sprawę, że jest to absolutnie nierealne.
W poprzednich notkach wspominałem, że nic nie czuję, że jest we mnie jakaś pustka. Było to w pewnym sensie przerażające. Tak wyglądały z grubsza całe lata 2008-2009. No a w zeszłym roku tak strasznie się zakochałem... Nie spotkaliśmy się zbyt wiele razy, ale bardzo dużo rozmawialiśmy przez net. Słuchała mnie, ja słuchałem jej, opowiadaliśmy sobie o swoich problemach. Staliśmy się sobie bardzo bliscy. Ja mówiłem jej o swojej przeszłości, o niespełnionej miłości z liceum, o zmarłym ojcu, o rzuconych studiach... Ona o swojej pustce i samotności. O tym że jej matka choruje na raka... Tak bardzo starałem się jej pomóc, chciałem, żeby się przede mną wygadywała. Kiedy jej powiedziałem przez gg, że ma we mnie oparcie w tych ciężkich chwilach, to podobno popłakała się przed kompem... Parę dni później podziękowała mi. "Dziękuję. Tak po prostu. Za to że jesteś". Nigdy nie zapomnę tych słów. Czy jest dziwne, że się zakochałem? Stała się dla mnie taka ważna.
A później... po prostu... odeszła. Przestała się odzywać. Znalazła sobie jakiegoś kolesia. Na każde moje odezwanie reagowała coraz agresywniej. Stwierdziła, że ją męczę i drażnię. Nazwała mnie swoim prześladowcą...
Ciężko jest zdać sobie sprawę, że gardzi tobą ktoś, kogo tak bardzo kochasz... I ciężko jest odwzajemnić pogardę... Dlaczego miałbym?
Wypadałoby najpierw się zastanowić nad jej sensem. Zastanowimy się i dojdziemy do jednego z dwóch wniosków. I wtedy prosta sprawa:
- Wiara ma według nas sens -> przyjmujemy ją.
- Wiara nie ma według nas sensu -> nie przyjmujemy jej.
Rodzic nie może zdecydować za dziecko, jaką filozofią owe ma się kierować. Gdzież wolna wola? Pozostaje problem - dziecko ma wybrać swoją życiową filozofię, ale kiedy? Zapewne nie w wieku 2 lat. Ja czułem w sobie przemiany myślowe od około 13.-14. roku życia, jednak jednocześnie widziałem, że moim rówieśnikom raczej nie w głowie przemyślenia. Myślę, że wiek 18 lat byłby idealny. Człowiek myślący nie ulega wtedy tak łatwo wpływom i potrafi lepiej odnaleźć właściwą drogę.
Czytałem już kilka notek w ramach tej debaty. Sporo pojawia się głosów, że dziecko nie uwierzy w Boga, jeśli rodzic mu tego nie narzuci. Sami widzicie - jeżeli twierdzicie, że wiara nie przyjdzie naturalnie (nie do końca się z tym zgadzam - może przyjść naturalnie jako wyraz słabości i niewiedzy), to dlaczego walczyć z naturą?
Kwestia wychowania. Cóż, każdy rodzic ma prawo wychować swoje dziecko w takiej kulturze, w jakiej chce. Może zdecydować, czy dziecko będzie obchodziło urodziny, czy nie, czy będzie jadło mięso w piątek, czy nie itp. Może, wręcz powinien uczyć dziecko zachować wynikających z jakiejś moralności (takiej bądź innej). Ale nie może za dziecko wybrać wiary. "Wiara"... czymże ona jest? Wierzymy w coś, to znaczy ufamy, że jakiś byt istnieje. Jakim prawem można dziecku narzucić taką ufność? Czy narzucenie jej nie jest sprzeczne z definicją wiary? Wiary się nie wybiera - można po prostu wierzyć lub nie. Jak to jest? Rodzice przysłowiowego Maciusia "wybierają dla niego wiarę": decydują, że Maciuś będzie wierzył w duchy, kosmitów i latające słonie. Maciuś kończy 13 lat i myśli nagle - "hej, przecież ja w nic takiego nie wierzę". Rodzice wychowali go nie w "duchu pewnej wiary", ale w świadomości, że coś istnieje. Przedstawili mu fakty (prawdziwe bądź nie, nie o tym teraz mówimy). Wcale nie napełnili go wiarą, po prostu opowiedzieli mu pewną historię i on ją przyjął za prawdziwą. Nie miał wyboru, był młody i bezbronny. Czy nie jest to nieuczciwe?
Tyle dzisiaj czuję. Niemoc.
Mam tyle do zrobienia, a niestety jestem w ten sposób skonstruowany, że im więcej mam obowiązków, tym bardziej nie mam ochoty ich wypełniać. Czas upływa, terminy gonią, szanse maleją. Rośnie poczucie bezsilności. Gdybym tylko potrafił się jakoś zmotywować...
Bardzo dziwnie czuję się w ostatnich dniach. Nie nazwałbym tego żadną depresją. Nie czuję się źle. Chodzi raczej o to, że wszystko jest takie nijakie i rozmyte... Nie chcę brzmieć jak nastoletni pseudopoeta, ale nie czuję za wiele ostatnio. Wszystko takie mdłe... Czasem mam straszną ochotę wyskoczyć ze swojej skóry i zająć się czymś zupełnie nowym, nietypowym.
Tymczasem ściągam sobie "The Blair Witch Project". Ostatnia scena jest tak podniecająco straszna, że można się przy niej masturbować. Taa... Kiedyś zapoznawałem się z różnymi japońskimi horrorami, bo miałem ochotę się porządnie przestraszyć. Pamiętam, że oglądałem film "Klątwa", leżąc nago na łóżku, w pustym, ciemnym mieszkaniu (być może nawet otworzyłem drzwi wejściowe), mając nadzieję, że to spotęguje poczucie strachu. Niestety, nie bałem się wcale...
Mam już jednego bloga, a wczoraj założyłem drugiego. O co chodzi? Otóż jest parę powodów.
Chciałem zachować pełną anonimowość. Zamierzam tu zamieszczać najróżniejsze moje przemyślenia i najostrzejsze zwierzenia, a ciężko byłoby spojrzeć w oczy znajomemu, który wczoraj przeczytał to i owo na twoim blogu.
Potrzebuję czegoś świeżego. Nie zamierzam rezygnować z mojego starego bloga, piszę go już ładnych parę lat, ale panuje tam dziwny klimat. Wszystko jest strasznie zobowiązujące. Czytelnicy sporo ode mnie oczekują, bo - nie chwaląc się - całkiem nieźle tam pisałem. Tutaj nie będę się tak przejmował, będę głównie improwizował, stąd od razu przepraszam za różne literówki i bezsensowne wyznania powstałe na fali przemyśleń. (Takie właśnie jak to... "fala przemyśleń"?)
Sporo w moim życiu było złego i chciałem mieć spokojne i bezpieczne miejsce, gdzie mógłbym to z siebie wyrzucić. Nie ukrywam, że wybrałem taki prosty blogin, bo byłem zaskoczony, że nie jest on zajęty i chciałem ten fakt wykorzystać oraz dlatego że może być częstym wynikiem wyszukiwań blogów. Bo to dość jasne, że słowa takie jak "pain", "dark", czy "blood" są często wpisywane w blogowych wyszukiwarkach, co nie? Nie chodzi o to, że chcę się przypodobać mrocznym nastolatkom, ale czasem jakimś komentarzem nie wzgardzę.
Layout... jest jaki jest. Lubię takie spokojne, przyrodnicze klimaty, ale nie jest to szczyt moich marzeń. Zaznaczyć muszę tylko, że strona wizualna tego bloga nie jest ważna. Nie znajdziecie tu też działu "o mnie", czy innych takich pierdół. Liczy się tylko to, co chcę z siebie wyrzucić. Taki bezużywkowy sposób na odreagowanie.
Być może czasem będę zabierał głos w debacie proponowanej przez blog.pl. Nie jestem ich jakimś szalonym zwolennikiem, ale ogólnie pomysł na nie jest ok, no i miło się czasem podzielić przemyśleniami, co nie?
A teraz kończę bez czytania tego, co napisałem, bo o to tu chodzi... Beztroski przepływ myśli.
Zaczynam ponownie.
Mój kolejny blog (tym razem tajny).
Nazwa bloga prosta i jakże piękna.